FUNDACJA                                   


“Pewnego dnia oglądałem zachód słońca dwanaście razy”


Michał Sroka
Michał Zawada
Filip Rybkowski

 Kraków, 17.07 - 17.08. 2021


Są takie miejsca na Ziemi, w których zachód słońca trwa dwie minuty. Są też takie, w których tarcza słoneczna próbuje zajść za horyzont przez kilkadziesiąt godzin. Zniekształcenia chromatyczne i dyspersja optyczna fal światła przebijających się przez atmosferę sprawiają, że ten krótki moment poprzedzający nocną ciemność jest na naszej planecie bardziej spektakularny niż poprzedzające go długie godziny, gdy słońce porusza się wysoko po nieboskłonie. Nie bez powodu widok południowego słońca to w historii malarstwa rzadkość, podczas gdy zachwycające zachody barwią dziesiątki tysięcy płócien – bez ograniczeń eksploatując dramaturgię, nostalgię i banalność motywu.
Jak rozumieć tę obsesję obrazowania zachodzącego słońca? Być może jest tak, że trwająca od przynajmniej dwóch stuleci wzmożona obecność dekadenckich widoków przypada na moment, kiedy ludzkość żegna się z planetą, na moment zmierzchu naszego gatunku. W napięciu obserwujemy fantastyczne barwy na barokowo skłębionych chmurach, mrużymy oczy, żeby dostrzec, jak malutki krążek naszej najbliższej gwiazdy bezgłośnie znika za czarną sylwetką widnokręgu. Ta odrobina sentymentalnej przyjemności na koniec na pewno nie zaszkodzi. Nie zaszkodzi też zrobienie wystawy o zachodzie słońca, w której tytule pojawia się parafraza z Małego Księcia.

W świecie nic się nie zaczyna, ani nie kończy – materia nieustannie się przekształca. Coś przechodzi w coś innego, zmienia stan, gęstość, kolor. Kończy się tylko nasza świadomość – to ona wymyśla początki i zakończenia. Czy to źle, że po naszym odejściu, gdy nikt już nie będzie mógł namalować barwnego zachodu, słońce jeszcze przez kilka miliardów lat zachodzić będzie nad naszą planetą?

Wiesz, gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca.
(Antoine de Saint-Exupéry, Mały Książę)